środa, 30 listopada 2011

48 godzin w CHILE



Dzień 70, 23.11. (śr.) – c.d. – San Pedro de Atacama

Po szczęśliwym i bezproblemowym (wbrew boliwijskim opowieściom) przekroczeniu granicy wjechaliśmy z krótką wizytą do Chile. Słoneczko śmiało przygrzewa… wszakże jesteśmy w najsuchszym miejscu świata – PUSTYNIA ATACAMA.
Mieszkamy w małym hotelu hipisowskim „Mamut”, tworzymy komunę z izraelskimi hipisami, których tu mnóstwo i powoluuuuutku odzwyczajamy się od boliwijskich klimatów.
Z okazji naszego przyjazdu miasto zorganizowało koncert z największymi sławami, m.in. Los Tres i Andres de Leon (tak naprawdę to uroczyste obchody 30-lecia powstania miasta!!!).

Miasteczko jest małe i przyjemne, nie przyjemne jest tylko to, że więcej tu turystów niż lokalesów… Troszkę tęsknimy za lamami, alpakami, kolorowymi chustami kobiet…

Dzień 71, 24.11. (czw.) – San Pedro de Atacama

San Pedro de Atacama – zielona oaza na pustyni.
Dzisiejszy dzień upływa nam pod znakiem poznawania uroków pustyni. Tak, tak – pustynia wcale nie jest nudna i monotonna. Wbrew pozorom tętni życiem, o czym przekonaliśmy się już po stronie boliwijskiej, kiedy to mknąc jeep-em nagle natykaliśmy się na stadko płochliwych vicunas albo małe zwierzaczki podobne do zająca – vizcacho, nie mówiąc o lisach… Pustynia żyje!

Dzisiaj dzień sportu:
1. Rano wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy do Doliny Śmierci - Valle de la Muerte, żeby pojeździć na deskach snowboardowych, tyle że po górach piachu. Ubaw miał być duży… był średni - żeby złapać ślizg trzeba było się sporo natrudzić i wdrapać się na szczyt wydmy. Widoki za to niepowtarzalne… (A niech panowie się męczą i wdrapują pod górę, ja schowam się cichutko za wydmę i poopalam się chwilę;)

 2. Po południu kolejna dolina - Vallede la Luna  - Księżycowa Dolina.
Mkniemy rowerami na zachód słońca. Wszystko idzie na opak. Wyjechaliśmy za późno, wiatr w oczy wieje niemiłosiernie, tak że z trudem przesuwamy się do przodu. Dolina Księżycowa robi wrażenie, przedziwne formy, różne kolory skał, jesteśmy sami… dopóki nie dojeżdżamy do punktu widokowego, żeby podziwiać zachód słońca. To samo miejsce wybrało dzisiaj chyba pół miasta, ciężko przebić się przez tłum gapiów… a do tego, ledwo słońce schowało się za szczyty, miła, ale stanowcza pani z obsługi zaczęła zganiać nas na dół.
Do miasta wracamy już po ciemku. Nad nami niebo usiane milionami gwiazdJ

Dzień 72, 25.11. (pt.) – przejazd do Salta (ARGENTINA) – 8h

Kolejny dzień podróży za nami. Musieliśmy pożegnać już Chile (ale pozostała chęć zwiedzenia tego kraju) i przenieść się do Argentyny. Czas niemiłosiernie zaczyna nam się skracać. Już tylko 2.5 tygodnia i trzeba będzie pożegnać się z podróżą…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz